SZUKAJ
 
23
MAJA   2022
Zaproponuj artykuł
 

Stanisław Michalkiewicz: ostatnia szansa na polsko-ukraiński mariaż

Data publikacji: 2015-04-07 06:55  |  Data aktualizacji: 2015-04-04 19:15:00
Stanisław Michalkiewicz: ostatnia szansa na polsko-ukraiński mariaż

Ach, jaka szkoda, że prezes Jarosław Kaczyński nie poświęcił się dla Polski, nie poślubił Julii Tymoszenko i nie założył dynastii, pod której berłem Polska znowu rozciągnęłaby się od morza do morza! Wspominałem o tym już ponad rok temu, ale oczywiście głuche milczenie było mi odpowiedzią. Przez ten rok wiele na Ukrainie się zmieniło, jednak nie aż tyle, żeby ta okazja została utracona na zawsze. Przeciwnie – właśnie teraz ta możliwość ponownie nabiera rumieńców, z uwagi choćby na rozpoczynającą się na Ukrainie dintojrę między tamtejszymi grandziarza... to znaczy, pardon – jakimi tam znowu „grandziarzami”; nie żadnymi „grandziarzami”, tylko naszą najukochańszą duszeńką, panem prezydentem Piotrem Poroszenką, a grandziarzem, to znaczy – też nie wiadomo jeszcze czy „grandziarzem”, czy nadal naszą duszeńką, może nie najukochańszą, bo najukochańszą duszeńką jest oczywiście pan prezydent Poroszenko, potem – premier Arszenik Jaceniuk, później baptystowski kaznodzieja w Służbie Bezpieki, czyli Aleksander Tuczynow i dopiero potem – Igor Kołomyjski, do niedawna gubernator Dnieporopietrowska, w swoim czasie wypuszczonego mu w arendę przez premiera Arszenika.

 

Pierwszym zwiastunem dintojry było aresztowanie pod śmiesznym na Ukrainie zarzutem korupcji ministra do sytuacji nadzwyczajnych Sergiusza Boczkowskiego i jego zastępcy Bazylego Stojeckiego. Zarzutem śmiesznym, bo korupcja nie jest tam – podobnie zresztą, jak i u nas – jakimś patologicznym marginesem, tylko centralną zasadą rządzenia. W tej sytuacji jedyny zarzut, jaki można komuś postawić, to ten, że „nie po czinu bieriosz!”, co się wykłada, że nie bierzesz według rangi. Od razu widać, że nie o żadną korupcję tu chodzi, tym bardziej, że zarzut dotyczy nawet nie broni, czy amunicji, tylko jakiejś benzyny, a więc rzeczy bez znaczenia. Prawdziwą przyczyną może być to, że kiedy wojna we wschodnich obwodach ucichła, coraz wyraźniej słychać szemrania, kto odpowiada za utratę Krymu i częściowy rozbiór kraju. W tej sytuacji nic dziwnego, że kijowski triumwirat, który nie bez przyczyny może w tej sprawie odczuwać rozmaite niepokoje, zaczyna wyrzucać na pożarcie krokodylom murzyńskich chłopców z rządowej pirogi.

 

Ale chłopcy, to jeszcze nic – bo prawdziwe niebezpieczeństwo pojawiło się z całkiem innej strony – właśnie ze strony Igora Kołomyjskiego, który z tego powodu może zostać zdegradowany z naszej duszeńki na ohydnego grandziarza, wroga ludu pracującego miast i wsi, no i oczywiście – tajnego agenta złowrogiego Putina, których niestrudzenie demaskuje poświęcony portal „Fronda” - oczywiście w przerwach między rozważaniami nad naturą i właściwościami Szatana. Nawiasem mówiąc, Szatanem zajmował się też Stanisław Przybyszewski i na odczycie w Krakowie opisywał nawet szatańskiego phallusa; wyposażony jest mianowicie w haczyki w kształcie harpunów, no i jest zimny, jak lód. Otóż Kołomyjski przejechał do Kijowa na czele sławnych „cyborgów” z ochotniczych batalionów – na razie tylko gwoli zablokowania siedzib dwóch paliwowych spółek, które wcześniej przedstawiciele innych oligarchów w Najwyższym Sowiecie postanowili mu odebrać w tak zwanym „majestacie prawa”.

 

Dla prezydenta Poroszenki, czy Arszenika Jaceniuka to był ostatni dzwonek, by porozganiać te wszystkie patriotyczne formacje, a przynajmniej – wcielić je do niezwyciężonej armii i w ten sposób rozciągnąć nad nimi kontrolę, bo wiadomo: strzeżonego Pan Bóg strzeże. W przeciwnym razie któż może zagwarantować, że Kołomyjski nie rozgoni tego całego Najwyższego Sowietu, a prezydenta Poroszenkę i premiera Arszenika nie zacznie uczyć, jak należy „kochać Ukrainę”? Bo sławne „cyborgi” z ochotniczych batalionów zwerbowanych i opłacanych przez Kołomyjskiego oddawały się właśnie takim czynnościom pedagogicznym. Wywoziły mianowicie osoby co do których miały wątpliwości, czy należycie kochają Ukrainę do lasu i tam dawały im pro memoria. Czy ktoś przetrwał ten naukowy eksperyment – nie wiadomo, chociaż bojownikom UPA zdarzało się niekiedy takich uczniów zostawiać przy życiu – oczywiście po uprzednim obcięciu im rąk i nóg.

 

 

Tekst jest fragmentem artykułu Stanisława Michalkiewicz, w całości opublikowanego w tygodniuku "Najwyższy Czas". Zapraszamy na stronę nczas.com.